AzjaFilipinyPodróże

Co robić w Manili?

manila_01

Po dotarciu do gatu w Doha już wiedziałem – samolot do Manili będzie praktycznie pełny. Tłum ludzi, zgromadzonych przy drzwiach prowadzących do rękawa nie pozostawiał jakichkolwiek wątpliwości. Czyżby ludzie obawiali się obecnie bardziej koronawirusa w Austrii niż na Filipinach? Na to w każdym razie wychodzi…

Tym razem jednak, na lotnisku w Doha widzę sporo osób noszących maseczki. Podczas lotu to samo – obok mnie, większość miejsc jest okupywana przez Azjatów, dla których maseczki to chyba obecnie artykuł pierwszej potrzeby. Swoją drogą zastanawia mnie tylko jaki sens jest ich używania jeżeli nie traktujesz je jako produkt jednorazowy, ale produkt wielokrotnego użytku… Dokładnie, ludzie raz je zdejmują, a po chwili na nowo zakładają… W sumie, przez cały lot, który trwał niespełna 8 godzin, para która siedzi zaraz obok mnie, również co chwilę zdejmuje i na nowo zakładała tą samą maskę. Tak – tą samą, nie nową, ale tą samą! I żeby była jasność – nie mówię tutaj o masce specjalistycznej tylko o najzwyklejszej masce chirurgicznej…

Przed lądowanie otrzymujemy jeszcze komunikat, że filipińskie prawo wymaga obecnie, aby  przeprowadzać dezynfekcję we wszystkich samolotach przylatujących na terytorium Filipin. Co w związku z tym? Stewardesy chodzące ze sprayami, z których pryskają wszędzie dookoła. Taka niespodzianka na zakończenie lotu, ale prawdę powiedziawszy wdaje mi się, że jest to decyzja jak najbardziej racjonalna. Dodatkowo w głowie pojawia mi się ciekawość… jak sytuacja będzie już wyglądać bezpośrednio na azjatyckim lotnisku?

Kontrole, sprawdzanie temperatury, wzmożone środki ostrożności, czyli jak kontrolują koronawirusa na lotniskach?

Nie no, żartuję… Jednak kiedy piszę ten teks, pijąc jednocześnie kolejnego San Miquel’a w klimatycznym Donsol, nie mogłem się powstrzymać. 🙂 Ale do rzeczy. Wychodzimy z samolotu i kierujemy się prosto do odprawy celnej. Po drodze mijamy jedną kamerę termowizyjną, przy której stoi Filipińczyk… zajęty rozmową z inną osobą. Czy był to jego kolega z pracy, osoba o podwyższonej temperaturze czy jeszcze ktoś inny – nie mam pojęcia. Dodatkowo zaraz obok kamery Filipińczycy postawili stanowisko do dokładnych badań, ale nawet, gdyby ktokolwiek teraz tutaj przechodził, Filipińczyk najprawdopodobniej by teraz tego już nie zauważył. Ale być może są jeszcze gdzieś indziej rozstawione dodatkowe kamery, których nie widzę. Być może obraz z tej kamery jest nadzorowany przez jeszcze kogoś innego, kto wygodnie siedzi sobie w biurze z nogami założonymi na stół, pijąc dobrą kawę i spogląda na ekran monitora. Tego też nie wiem…

Stanowisko odprawy celnej typowe dla krajów Azji południowo – wschodniej. Wszystko idzie wolno, nikomu się nie spieszy, ale… z drugiej strony gdzie i po co się spieszyć? Szkoda życia na nieustanną gonitwę, pozostawmy ją innym. 🙂 Stojąc coraz bliżej okienka, gdzie siedzi celnik, od czasu do czasu słyszę pytania w stylu, gdzie pan jedzie, na jak długo pani jedzie, kiedy pan wraca, itp. Kidy jest moja kolej, podaję pani zza okienka paszport i bez żadnych pytań przepuszcza mnie dalej.

Gdzie wymienić pieniądze w Manili?

Odbieram bagaż i uświadamiam sobie, że dobrze byłoby mieć chociaż jakąkolwiek peso, które obowiązuje na Filipinach. Pierwszy raz tutaj jestem, więc z autopsji nie mam zielonego pojęcia czy większą sumę lepiej wymienić od razu tutaj czy już bezpośrednio w Makati, gdzie zostaję na noc. Zgodnie z większością opinii, które wcześniej przeglądałem w internecie, postanawiam wymienić większą kwotę już teraz. Podchodzę do pierwszego lepszego kantoru i porównuję kurs z kursem internetowym (jak ja kocham XXI wiek i wszechobecne WiFi). Wygląda w miarę ok, więc do dzieła!

Czy kurs z lotniska jest lepszy niż w Makati… Powiem szczerze – do dzisiaj tego nie wiem. 🙂 W Makati, w rejonie gdzie się zatrzymałem wszystkie kantory jakie widzę wyglądają na tyle podejrzanie, że jakość nie jestem nawet w najmniejszym stopniu zainteresowany pytać o kurs. Inna sprawa, że na zewnątrz również nigdzie się z nim nie afiszują. Ponadto w krajach azjatycki, jakoś zdecydowanie bardziej wolę pieniądze wymieniać pieniądze w oficjalnych kantorach, bankach, itp. a nie u pana Henia, który coś tam od czasu do czasu sprzeda.

Jak dojechać z lotniska do Makati?

Po wyjściu z lotniska przychodzi czas zorganizować sobie jakiś transport do hotelu. Opcji jest kilka z czego finalnie decyduję się na sprawdzonego już wcześniej w Indonezji Graba. Jest to odpowiednik Ubera, tyle tylko, że w Indonezji i na Filipinach, Uber pod własną nazwą nie występuje. A jak sytuacja wygląda w pozostałych krajach azjatyckich – póki co nie mam pojęcia.

Po opuszczeniu terminala, tzn. po wyjściu z lotniska, WiFi przestaje łapać. Niby mogę się wrócić do środka, ponownie złapać sygnał, odpalić apkę i zamówić Graba, ale… w tym samym momencie widzę, że na zewnątrz, stoi sympatyczna Pani w zielonej bluzie z charakterystycznym napisem Grab, przy której ustawiła się już kolejka. Długo się nie zastanawiam i podchodzę na jej koniec. Po krótkiej wymianie zdań, pani mówi mi, że cena za przejazd do mojego hotelu wyniesie 272 peso. Znając kreatywność azjatyckich taksówkarzy, dla pewności pytam czy jest to cena całkowita. Filipinka potwierdza, więc proszę o zamówienie dla mnie taksówki. Zaraz po tym dostaję od niej karteczkę z numerem rejestracyjnym samochodu i informację, abym zaczekał chwilkę na kierowcę przy stanowisku obok, co też robię.

Kiedy podjeżdża czerwona Toyota Avanza (czyżby model przeznaczony specjalnie na kraje azjatyckie?) o numerach rejestracyjnych, które widnieją mi na skrawku papieru, który kilka minut wcześniej otrzymałem, wystawiam kierowcy dłoń w górę. Zatrzymuje się obok, a ja pakuję plecaki na tylne siedzenia i zajmuje miejsce z przodu. Samochód rusza, a szybka i sympatyczna rozmowa została przerwana przez postój przy bramkach prowadzących na autostradę, gdzie kierowca chce ode mnie ekstra 35 peso. No to się zaczyna… myślę sobie w głowie, ale nie ma mowy, żebym cokolwiek więcej płacił. Nie chodzi tutaj nawet o tą kwotę, ponieważ jest to około 3 zł, ale o fakt. Nieco poirytowany, ale bynajmniej nie zdziwiony, mówię mu, że cenę mam ustaloną na 272 peso i więcej nie zapłacę, a jak chce to może mnie tutaj wysadzić. Patrzy się na mnie i po chwili mówi, że w takim razie przeprasza, ale koleżanka, która zamawiała transport mu o tym nie wspomniała i zapłaci za wjazd na autostradę z własnej kieszeni. Ta, nie wspomniała… akurat myślę – najłatwiej winę zwalić na nieobecnych… Ale ok, jedziemy dalej i o dziwo, Filipińczyk nawet się nie obraził tylko dalej normalnie rozmawialiśmy. Pogadaliśmy o balucie, koronawirusie czy życiu na Filipinach, aż w końcu dojechaliśmy do mojego hotelu. Niespełna 5 km od lotniska… ponad 30 minut jazdy. 🙂

„Coronavirus is nothing” słowa te jako pierwsze słyszę od kierowcy, kiedy pytam o jego zdanie na temat potencjalnego niebezpieczeństwa związanego z rozprzestrzenianiem się wirusa na Filipinach. „Philippines is warm, so that is no problem” – mówi dalej Filipińczyk. W sumie czytałem wcześniej, że w temperaturze przekraczającej 10 ͦC podobno wirus długo nie przeżyje, ale co w takim razie z sytuacją w Tajlandii, Zjednoczonych Emiratach Arabskich czy w Katarze, gdzie też jest obecnie gorący klimat? Odpowiedź na to pytanie pozostawiam mądrzejszym ode mnie. 🙂

Gdzie spać w Manili?

Czy dostanę pokój od razu czy będę musiał na niego czekać – zaczynam się zastanawiać wchodząc do recepcji hotelu ZEN Premium near Rockwell w Makati. Dlaczego? Ano dlatego, że check – in time rozpoczyna się od godziny 15, a jest dopiero… 10. 🙂 No ale cóż, mogę czekać do 15 o nic nie pytając, albo zapytać i dostać pokój… lub odmowę. Wiadomo co wybrałem – wchodzę i pytam, a miła pani w recepcji mówi to, czego się spodziewałem – muszę czekać do 15. Ok – wiedziałem co rezerwuję, wiedziałem, że może tak się zdarzyć więc nie ma najmniejszego problemu. Pytam tylko czy mogę w takim razie zostawić bagaże, ponieważ chciałbym przez ten pójść na miasto. Oczywiście nie ma problemu, dostaję nawet numer z przechowalni.

Po zostawieniu plecaków i wyjściu na miasto, będąc około 2 km od hotelu, uświadamiam sobie co zrobiłem… Kurde, przecież jestem w Azji, obsługę hotelu widzę pierwszy raz na oczy i zostawiłem im zupełnie nie zabezpieczone bagaże. Nie chodzi nawet o to, że mogą mi coś ukraść bo to jeszcze byłby najmniejszy problem, ale o to, że mogą mi coś ekstra do nich wsadzić. A jutro lecę przecież do Legazpi…

No ale teraz nie ma już sensu wracać… Jeżeli mieli mi coś wsadzić to pewnie już to zrobili. Trzeba będzie dokładnie przeszukać obydwa plecaki po powrocie i tyle… Mleko się rozlało… Czy to z powodu zmęczenia podróżą? Być może, tym bardziej, że zawsze mam przecież kłódkę i zapinany pokrowiec do bagażu. Jednak w tym momencie nie ma już sensu dalej nad tym myśleć.

Wracam do hotelu około godziny 14 i od razu dostaję informację, że jest dla mnie pokój. Super – myślę sobie, zawsze to jedna godzina czekania mniej. Zabieram stojące w koncie plecaki tak, jak je zostawiłem, wypełniam formularz rejestracyjny i… dostaję jeszcze jedną informację od pani recepcjonistki. O północy zamykają wszystkie wejścia do środka i jeżeli planuję powrót po północy, muszę przejść przez jakąś elektrownię. Ok, that is no any problem for me – odpowiadam szczerze, planując i tak położyć się dzisiaj wcześniej.

Pokój jest jak najbardziej w porządku. Klimatyzacja działa, a łazienka jest w środku. Na korytarzu znajduje się automat z wodą, więc cóż mi więcej tutaj potrzeba? Jest bardzo dobrze. Przeszukuję jeszcze bardzo dokładnie plecaki, ale na szczęście żadnych prezentów nie znajduję.

Hotel znajduje się w Makati, jednym z najbezpieczniejszych, a zarazem… najdroższych miejsc w Makati. Rezerwacji pokoju można dokonać przy pomocy serwisu Booking lub klikając tutaj. Dla lepszej orientacji, poniżej załączam mapkę z dokładną lokalizacją hotelu.

Makati nocą – czyli jak wygląda P Burgos street?

Późnym popołudniem, nadchodzi pora, aby ponownie udać się w miasto. Plany na resztę dnia? Jedzenie, masaż i nocny spacer przez ichniejszą dzielnicę czerwonych latarni czyli P Burgos street.

Najważniejsze na początek to znalezienie jakiejś fajnej knajpki z lokalnym jedzeniem. Najlepszy byłby jakiś street food, ale spacerując tutaj wcześniej nic takiego nie widziałem. Pytam miejscowych o knajpę z dobrym jedzeniem i dowiaduję się o pewnym miejscu, którego nazwy już teraz nawet nie pamiętam. Jednak prawdę powiedziawszy nie jest mi dane do niej dotrzeć… Wcześniej napotykam street food, gdzie ceny wyglądają w miarę ok, tj. za porcję curry z owocami morza i ryżem krzyczą sobie 170 peso. Wchodzę w to. Oczywiście nie jest to cena jak w Tajlandii, ale widząc wcześniejsze kwoty oraz mając świadomość, że Makati jest drogie decyduję się zaryzykować. I szczerze – jedzenie nie jest ani złe, ani dobre. Jest po prostu średnie, czyli tak jak większość osób mówiła…Ale spróbować i ocenić samemu zawsze trzeba.

Po obiedzie przychodzi czas na masaż pleców, z którymi zawsze mam problem. Azjaci potrafią jednak sprawiać z nimi cuda. Zazwyczaj po takim masażu na około 2 – 3 tygodnie ból jaki zazwyczaj mi towarzyszy praktycznie całkowicie ustaję i nie muszę chyba nawet dodawać, jak po takim masażu czuje się człowiek, który jeszcze kilka godzin wcześniej cierpiał katorgi w samolocie. 🙂

Na koniec dnia ciekawość bierze górę i idę na sławną tutaj dzielnicę czerwonych latarni, czyli P Burgos street. Czy faktycznie można określić ją takim mianem? Moim zdaniem jej porównania do tajskiej Pattai mogą być przesadzone. Od razu jednak muszę zaznaczyć, że w Pattay nigdy jeszcze nie byłem, ale będąc w Patpong, który cieszy się mianem jej uboższej wersji, śmiało stwierdzam, że P Burgos street wygląda przy niej blado. Przed godziną dziewiętnastą, kręcą się tutaj głównie starsi panowie, którzy toną w objęciach lady boyi. Później, kiedy otwierają kluby go go, lub jak niektórzy wolą, bikini bary, większość osób właśnie tam się rozchodzi. A co takiego dzieje się w takich klubach? Skąpo odziane dziewczyny tańczą na środku czekając, aż jakiś spragniony kobiecych zalotów mężczyzna postawi jej drinka. Oczywiście drink taki jest znacznie droższy od standardowego, a część tej kwoty wpada do rąk właściciela, część do rąk dziewczyny. Ogólnie idea jest prosta – trzeba orżnąć klienta na tyle, na ile się da. 🙂 Kiedy ktoś wyrazi chęć na postawienie dziewczynie takiego drinka, wtedy siada ona obok niego i całą swoją miłość od pierwszego wejrzenia (bo jakżeby inaczej) przelewa na tego mężczyznę. Mężczyzna taki może później zapłacić tzw. bar fine, czyli opłatę, która trafia do kieszeni właściciela baru za to, że ten „wypożycza” mu swojego pracownika. Wtedy można zabrać dziewczynę do siebie, ale później trzeba jeszcze zapłacić jej samej kilka tysięcy peso, w zamian za namiętny seks.

Ciekawe, że kobiety lekkich obyczajów, które stoją na P Burgos street i same próbują znaleźć faceta na najbliższą noc (tzn. bez udziału klubu), nie nazywają siebie prostytutkami tylko… freelancerkami… Bo przecież one tylko dotrzymują towarzystwa mężczyzn… Jakby to miała być tutaj jakaś różnica…